poniedziałek, 24 września 2012

Zoologia

Wesoła rozmowa przy śniadaniu, wspominam o endometriozie, a potem o bezpłodności.

- Z mężczyznami to raczej nie ma problemu, bo wystarczy oddać nasienie do zapłodnienia in vitro. Z kobietami jest gorzej, jeśli na przykład miesiączkują, a nie mogą mieć dzieci.
- No, ale to zawsze można znaleźć surykatkę.

Uwielbiamy potknięcia językowe czy to po polsku, czy angielsku :)

czwartek, 20 września 2012

Patient Surprise

Czasami gdy zerknie się w pacjenta, nie wiadomo, co może tam być. Po prostu niespodzianka. Schodzę akurat z RTG, kiedy radiolog oznajmia, że dzwonił chirurg i cytuje: "Idzie do was pacjent, który wygląda normalnie, ale normalny nie jest". Niech będzie i nienormalny, ale czekałem niecierpliwie, co siedzi w jego żołądku i nie zawiodłem się.



Obraz powyżej uwieczniłem dla potomnych, a powód łyknięcia tegoż remedium na schorowane serce postanowiłem tutaj przemilczeć.

Dla wszystkich, którzy mogą nie wiedzieć na co patrzą, jest to jama brzuszna z dziesięcioma (według mnie - trzydziestoma dwoma według samego zainteresowanego) śrubkami.

Po drodze pacjent pyta:
- I co teraz będzie?
- Wie pan, drogi są dwie. Albo pan to wydali, albo pana otworzą.
Niestety nie znam późniejszych losów pana Niespodziańskiego i ile śrubek wyciągnięto, oraz jaką metodą.



niedziela, 2 września 2012

Mister zdrowia, szczęścia i pomyślności

Hura. Udało się, jestem już dyplomowanym ratownikiem medycznym, co oznacza, że blog także staje się medyczny. Po dwóch dniach bojów, w końcu zamieszczam tę krótką notkę. W następnej pacjent-niespodzianka.

środa, 15 sierpnia 2012

Hoży pielęgniarze

Przyjechała do nas pacjentka po wypadku komunikacyjnym, pielęgniarka E. pyta, czy cewnikujemy.
- Zacewnikujemy, ale tak zwiadowczo. Tylko włożymy i wyciągniemy.
- Włożyć i wyciągnąć to łatwo - stwierdza pielęgniarz A. - A to trzeba wychować.

Następna pacjentka w stanie upojenia alkoholowego, bez logicznego kontaktu. Lekarz pyta o imię.
- Augnnaa
- Co? Maria? - dziwi się A. - One wszystkie są Marie.
- Jeszcze raz, jak pani ma na imię? - drąży lekarz.
- Gzooozamnh.
- Godzilla? Hemoliza? - zgaduje A. - To ona imiona podaje, czy zgaduje, że tu będzie hemoliza?

 Nie było, a pani w nocy stanęła nade mną niczym śmierć, bo chciała wyjść.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Z dzienniczków szkolnych

Jako, że niedługo rozstaję się ze swoimi szkolnymi kolegami, popadłem w nostalgię i powspominałem wszelkie rozmowy, jakie przeprowadziliśmy ze sobą, oraz kilka sytuacji.

Razu pewnego, testując coś takiego, zrobiłem próbę (jak każdy z resztą) na swojej skórze. Docelowym miejscem zazwyczaj jest oczywiście dłoń, ręka, ostatecznie brzuch. Koleżanka A. podchodzi. Ej, Max, weź mi to do czoła przyczep. Długo się nie zastanawiałem. Potem po szkole chodziły pogłoski, że bijemy się na lekcjach, a ja przepraszałem i biłem się... w pierś. A. śmiała się tylko przez pierwsze dwa dni.

Innym razem uczyliśmy się na podbierakach. Kolega B., chłop wielki jak dąb położył się na podłodze i czeka. A podbieraki nie chciały go zebrać, bo były za krótkie. B. z niepokojem do mnie:
- Tylko mi włosów... - klik! - Aaaaaa, żesz, kurwa!
Łyse poletko na głowie - bezcenne.

G. wychodzi od odpowiedzi, mam wejść tuż po nim. Oczywiście wywiad zebrany, dostał dwóję i to naciąganą, a sam twierdzi, że M. zadał głupie pytania. Wchodzę ostrożnie. M. siedzi, głowę ciężką podpiera na ramieniu, skrobie coś w dzienniku - faktycznie nietęga mina. Myślę sobie "Ocho, zginę tutaj po tamtym pajacu", ale z drugiej strony...
- Co to za rzekomo głupie pytanie zadałeś? - wypalam.
- A idź z nim, ręce mi opadły. Wywaliłem go z dwójką, żeby się nie męczyć, bo jeśli na zadane pytanie, jakie są zespoły ratownictwa medycznego w Polsce, otrzymuję odpowiedź: "No, jest karetka transportowa", to człowiek ma ochotę nie tylko postawić pałę, ale i nakopać takiemu kilka razy do rzyci.

Na lekcji dydaktyki przerabiamy dyskusję "Czy kobiety powinny wycofać się z zawodu ratownika medycznego", w ruch idzie kobiecy argument, że panie lepiej współczują. Odzywa się D.:
- Jak będziesz tak współczuć pacjentom, to po pierwszej nieudanej reanimacji dziecka możesz sobie na szyję zakładać pętlę.
Oczywiście chcemy kobiety w ratownictwie. Jest przynajmniej na co popatrzeć ;P

Jeden z kolegów porzucił naukę, bo znalazł zatrudnienie jako kierowca tira.
- Zwariowałeś? - pyta Aga z sekretariatu. - Tutaj będziesz miał zawód, nie musisz go wykonywać.
- Pewnie chodzi o pieniądze - zgaduje koleżanka J.
D. niemo, mimochodem, potwierdza.
- Ty blacharo - stwierdzam.

Na lekcjach samoobrony u Istvana i Łukasza zazwyczaj dostawaliśmy wycisk, ale ja zawsze byłem największym poszkodowanym. A to kolega przyłoił mi z łokcia za egzaminie, a to zostałem rzucony jak szmata przez innego kumpla, a to instruktor pokazywał, jak należy skutecznie dusić przeciwnika (skutecznie jak cholera), ale najlepsza była koleżanka A., która przerzuciła mną przez ramię, uprzednio kalecząc krocze i zasunęła z kolanka prosto w nos. Z boku podobno trudno było uwierzyć, że jest ode mnie o głowę niższa i połowę lżejsza.

Chwyt Heimlicha i Rauteka w wykonaniu koleżanki M., zawsze był oglądany z niezwykłą uwagą i stwierdzeniami typu: "Pokaż jeszcze raz!", "Teraz w bieliźnie!". Niestety pokazywała zazwyczaj solo...

Ratownicy nie są normalni.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Rzeczy niesłychane

Siedzę w zabiegowym z pielęgniarkami, kiedy nagle wpada doktor Magdalena i od progu oznajmia, że musimy zawieźć panią Pacjent na konsultację chirurgiczną.

- Radiolog do mnie dzwonił i powiedział, że jeszcze takich rzeczy nie widział. Pani ma podobno rozdętą okrężnicę do dziesięciu centymetrów.
- A co on? Żony nie ma? - pyta pielęgniarka. - Niech przyjdzie do mnie, ja mu pokażę, mam tak samo.
- No tak, też tak myślę, ale zaaferowany dzwonił, może jedźmy do chirurgów.
- A co ten chirurg ma zrobić? Przystawi tam usta i zawoła "echo"?

A chirurg kopał i kopał, aż stwierdził, że nie jest górnikiem i więcej bez sensu.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Szpital wędrujących trupów

Siedzimy w socjalu, ja zerkam w zeszyty, kolega ogląda jakiś badziew w TV, nagle rozbrzmiewa dzwonek telefonu. S. wstaje, odbiera, po czym słyszę: "Że jak? To niemożliwe...". Odkłada słuchawkę i podchodząc do mnie:

- Kurwa, trzydzieści lat pracuję w szpitalu, ale takich rzeczy to jeszcze nie widziałem.
- O co chodzi, S.?
- Tę kobitkę, co ją zwoził T. do kostnicy, musimy jeszcze raz przewieźć na oddział.

Nie zdążyłem podnieść szczęki, żeby odpowiedzieć, bo w drzwiach pojawiła się szefowa.

- Chłopaki, nie wiem, co mam myśleć.
- Dzwoń do lekarza dyżurnego, jeśli ci pozwoli na taki manewr, to przywieziemy go z pro morte - powiedziałem, dobrze wiedząc, o czym chce rozmawiać.
- Chodzi o to, że rodzina teraz dopiero przyjechała i chce zobaczyć zwłoki.
- Spóźnili się godzinę, przy czym my też spóźniliśmy się godzinę. (Gwoli ścisłości - według procedur ciało pozostaje w łóżku dwie godziny, nim się je zabierze.)

Po kilku telefonach Wrona wraca.

- Dobra, weźcie tę kobitkę na oddział. Tam nie można wejść, bo na podłodze jest mnóstwo krwi i leży kilka ciał, nie będziemy zaglądać do wszystkich worków.

Jak kazała, tak zrobiliśmy. Jedziemy przez korytarz na salę z czarnym workiem, scena iście Pythonowska. Tuż przy sali wyskakuje do nas pielęgniarka.

- Chłopaki, weźcie ją rozbierzcie i połóżcie z powrotem na łóżko - tako rzecze.

Popatrzyliśmy po sobie z S. i obaj wybuchnęliśmy śmiechem.

- Dobra, dobra, prima aprilis to nie dzisiaj, sami ją sobie rozbierajcie.

Bo nieboszczyki nie powinny wychodzić z worków, nawet jeśli jeżdżą i zwiedzają szpital.

Obserwatorzy